LOGOWANIE
Zarejestruj sie

Rick Atkinson - Dzień bitwy. Wojna na Sycylii i we Włoszech 1943-1944

W polskiej świadomości historycznej chyba niewiele więcej teatrów wojennych uległo większej mitologizacji niźli pierwsze walki anglo-amerykańskich (i nie tylko) Aliantów w Europie. Ot, choćby taka projekcja filmu o Pattonie skłania ku tezie, że podbój Sycylii odbył się niemal bez wystrzału, zaś trudno o Polaka nieco starszego pokolenia, który nie znałby chociaż melodii pieśni o czerwonych makach na Monte Cassino. Dobrze więc, że na naszym rynku zadebiutował drugi tom trylogii autorstwa Ricka Atkinsona poświęcony rzeczonym zmaganiom.
„Akcja” książki rozpoczyna się tuż po zakończeniu walk w Afryce, opuszczonej przez Afrika Korps i pozostałe siły zbrojne Osi wskutek Operacji Torch (w tym załamania się vichystowskiej administracji). Niewątpliwym atutem omawianej pozycji – choć zapewne irytującym dla miłośników klasycznej „batalistyki” – jest dość obszerne wprowadzenie wskazujące na nieoczywistość lądowania na Sycylii i Półwyspie Apenińskim. Chyba jednak w rzeczonym rozdziale odrobinę zabrakło bardziej szerokiego, iście geopolitycznego ujęcia danego dylematu – oraz omówienia konsekwencji jego skutków (epilog pod tym względem okazuje się nie do końca satysfakcjonujący).



Brytyjski historyk zgodnie z wcześniejszą manierą z dość sporą lubością opisuje przebieg wojny z perspektywy generalicji, znajdującej czas i środki na wystawne uczty czy zachwycanie
się sztuką. I choć nie brakuje u niego spojrzeń właściwych dla perspektywy szarego zupaka, to nie sposób nie odnieść wrażenia, że przyjęta przezeń proporcja jest nie do końca właściwa.

Cieszy z kolei bardziej obszerne odniesienie się do ujęcia właściwego dla adwersarzy Aliantów, choć niestety gros uwagi autora skupia się tutaj na kadrze wyższych oficerów i sztabowców, nieco brakuje bowiem choćby odniesienia się wobec morale gefrajtrów czy ich sposobu postrzegania sensu prowadzonych działań zbrojnych.

Jeśli idzie o sposób potraktowania oręża tak polskiego, jak i innych nacji składających się na Narody Zjednoczone – Wolnych Francuzów, Nowozelandczyków czy choćby przybyszy z Subkontynentu Indyjskiego, to wydaje mi się, że jest on uczciwy, oddający „cesarzowi co cesarskie”, lecz bez iście boskiej czci, właściwej chociażby dla apologetów 2 Korpusu Polskiego.

„Dzień bitwy” to książka licząca sobie dobrze ponad siedemset stron litego merytorycznego tekstu, z jednej strony bogata w faktografię, z drugiej zaś pozostawiająca czytelnika z wieloma dalszymi pytaniami. W ocenie niżej podpisanego to całkiem dobra rekomendacja jak na opis zmagań, w które zaangażowane były milionowe armie, a które doprowadziły do ofiar liczonych w setkach tysięcy.

Autor: Klemens
skomentuj
KOMENTARZE NA TEMAT GRY
więcej komentarzy dodaj komentarz