LOGOWANIE
Zarejestruj sie

Narcos: Rise of the Cartels

Narcos: Rise of the Cartels
Sztab VVeteranów
Tytuł: Narcos: Rise of the Cartels
Producent: Kuju Entertainment
Dystrybutor:
Gatunek: taktyczna/FPP
Premiera Pl:0000-00-00
Premiera Świat:
Autor: Klemens
Ocena
czytelników bd GŁOSUJ
OCENA
REDAKCJI 60% procent
Głosuj na tę grę!

Narcos: Rise of the Cartels

Owoc zakazany zawsze kusił, jawiąc się jako znacznie bardziej interesujący od całych ton rosnących chociażby na hektarach otaczającego go sadu. Co prawda Księga Rodzaju nie pozostawia żadnej relacji co do jego smaku – skupiając się na cenie – często jednak atrakcyjność zła ma banalne wytłumaczenie – opłaca się. Losy osób sięgających po dany owoc często wręcz hipnotyzują, czego dowodzi chociażby popularność (brawurowo zrealizowanego) serialu poświęconego (początkowo) Pablo Escobarowi, która następnie zaczęła się przekładać również na inne muzy. I jakkolwiek takie Narcos: Cartel Wars trudno było uznać za udaną egranizację, nie zraziło to innych deweloperów.
narcos-rise-of-the-cartels-22184-1.jpg 1Narcos: Rise of the Cartels to strategia taktyczna pochodząca od Kuju Entertainment, które w swym dorobku ma już jednego reprezentanta tego gatunku, a mianowicie pamiętające jeszcze czasy PSP Dungeons & Dragons: Tactics. I jakkolwiek wydawać by się mogło, że to prawdziwie zamierzchłe czasy, od których zmieniło się wszystko, to widać pewne wspólne korzenie, jakkolwiek autorzy z natury rzeczy nie mogli (być może ku swej radości) sięgać po mechanikę znanego systemu.

Akcja gry pokrywa się z historią opowiedzianą w pierwszych dwóch sezonach znanego serialu, jakkolwiek z natury rzeczy większy nacisk kładzie na okres wzlotu kolumbijskiego króla kokainy niźli jego upadek. Początkowo można zresztą odnieść wrażenie, że tytuł ten będzie szerokimi garściami sięgał do pierwotnej franszyzy, racząc w intrze użytkownika stosownymi ujęciami filmowymi, później się jednak okazuje, że pozostałe cutscenki będą się opierały na silniku gry.

Jeśli idzie o nawiązanie do pierwowzoru, to twórcom zabrakło jednak nade wszystko konsekwencji – raz są bowiem wręcz niewolniczo przywiązani do wydarzeń przedstawionych w serialu, przy innej okazji pozwalają sobie jednak na pewne „historie alternatywne”. Osobiście najbardziej jednak rozbawił mnie fakt, iż Kolumbijczycy raz przemawiają swą hiszpańszczyzną, przy innej okazji raczą zaś gracza angielskim „przyprawionym” stosownym akcentem – i to nawet w czasie tej samej odprawy. Widać, że autorzy chcieli podążyć szlakiem wytyczonym przez serial, lecz nie zawsze ku temu
mieli środki.

Sama rozgrywka trochę przypomina standardy wyznaczone przez serię Jagged Alliance, przy poszanowaniu jednak skali. Poszczególne misje przedziela bowiem swego rodzaju warstwa „menadżerska”, podczas której możemy wybierać misje (wykonywanie wszystkich nie jest konieczne) czy zarządzać składem oddziału (śmierć żołnierza jest nieodwracalna, w jego miejsce musimy zrekrutować żółtodzioba) – i to by było właściwie tyle. Nasi podwładni są swego rodzaju robotami, bez żadnych emocji czy antypatii wobec siebie, przywiązanymi niewolniczo do określonego arsenału, bez możliwości przezbrojenia bądź przekwalifikowania. Co gorsza, środki finansowe otrzymujemy tylko za wykonywanie misji, możemy zapomnieć o jakimkolwiek zarządzaniu kokainowym imperium.

Same misje taktyczne nie oferują zbyt wiele – z reguły sprowadzają się one do wykonania jednego z kilku dostępnych celów (niekoniecznie musimy wybijać wszystkich niemilców widocznych na mapie, czasami zresztą ci są uzupełniani nieskończonymi posiłkami), od czasu do czasu z jakimś dodatkowym „twistem”. Jedyną nowalijką jest fakt, że w czasie swej tury możemy kierować wyłącznie pojedynczym podkomendnym, przy czym po turze wroga możemy od razu doń wrócić bądź pokierować inną jednostką. Dla wielu vveteranów gatunku może to stanowić wadę, tak naprawdę jednak będącą „jedynie” czymś nietypowym. Koniec końców skłonny jestem uznać owo „udziwnienie” za nieosiągające podstawowego celu, a mianowicie dynamizację rozgrywki. Śmiem twierdzić, że w przypadku takiego Ash of Godsnarcos-rise-of-the-cartels-22184-2.jpg 2: Redemption sprawdziło się to lepiej.

A, zapomniałem jeszcze o tzw. kontrach – opiera się o znana dla każdego vveterana mechanice tzw. czuwania, czyli akcji podejmowanej w czasie tury przeciwnika, która z reguły sprowadzała się do automatycznego wykonania jednego ataku. W przypadku Narcos tryb ten ma jednak charakter zręcznościowy, w trakcie którego sami musimy namierzyć – niczym w strzelankach FPS – przeciwnika i oddać do niego strzał.

Inną ciekawostką jest fakt, że w czasie zabawy możemy pokierować tak DEA, jak i kartelem Escobara – i to w czasie jednej i tej samej kampanii. Poszczególne historie jednak nie są wobec siebie równoległe czasowo – tzn. w czasie ich obu np. ginie Karaluch, lecz o ile w przypadku jednej z nich stanowi to odległą przeszłość, w przypadku drugiej jest teraźniejszością.

Gra muzycznie nawiązuje do motywów z serialu, łącznie z czołówką. Niestety twórcom zabrakło – jak należy domniemywać – środków na zatrudnienie serialowych aktorów, w konsekwencji raczeni jesteśmy dubbingiem o dość anonimowym charakterze, niewzbudzającym jednak większych zastrzeżeń. Graficznie tytuł jawi się więcej niż znośnie, daleko mu jednak do kilku tegorocznych hitowych reprezentantów gatunku, młodszych odeń wszak o raptem sześć miesięcy…

Narcos: Rise of the Cartels nie stanowi bezczelnego odcinania kuponów od serialowego sukcesu, ale tak naprawdę niewielu mu ku temu brakuje. Tytuł ten nie wykorzystuje wielkiego potencjału tak samego tematu, jak i pewnej mody nań, pozostając w zanadto niewolniczym związku z pierwowzorem.

Autor: Klemens
skomentuj
KOMENTARZE NA TEMAT GRY
więcej komentarzy dodaj komentarz
RECENZJE CZYTELNIKÓW
ILOŚĆ RECENZJI - ŚREDNIA OCENA - % więcej recenzji dodaj recenzję