LOGOWANIE
Zarejestruj sie

Nowa propozycja UE - gwarancja na gry

Viviane Reding, europejska komisarz do spraw telekomunikacji i mediów, oraz Meglena Kuneva, osoba zajmująca się w Unii Europejskiej sprawami konsumentów, dążą do realizacji kolejnej inicjatywy mającej na celu poprawę życia konsumentów zamieszkujących kraje UE.

Niedawno informowaliśmy Was o planie umożliwienia użytkownikom kupowania produktów przez Internet w sklepach mieszczących się na terenie wszystkich 27 krajów Unii. Tym razem przyszła pora na chęć rozszerzenia europejskiej dyrektywy dotyczącej sprzedaży i gwarancji oraz objęcia nią również gier komputerowych.

W swoim oficjalnym stanowisku Reding i Kuneva twierdzą, że aktualny status quo obejmujący m.in. elektronikę użytkową i ogólnie wszystkie dobra ruchome, ale nie uwzględniający gier komputerowych, nie jest satysfakcjonujący. Obecnie gracz nabywający tytuł, którego z różnych powodów nie może ukończyć – np. z racji błędu uniemożliwiającego zaliczenie jakiegoś fragmentu – jest tak naprawdę pozostawiony sam sobie. Sprzedawcy nie są bowiem zobligowani do zrefundowania, czyli zwrócenia pieniędzy za wcześniej zakupioną grę. Z elektroniką i innymi dobrami ruchomymi jest inaczej – będąc na gwarancji podlegają określonym prawom. Konsument może zwrócić towar, licząc na jego naprawę lub wymianę, a w sytuacji trwałego uszkodzenia nawet na zwrot pieniędzy.

Reding i Kuneva dążą do tego, by takie samo prawo obowiązywało w przypadku nawiązania umowy kupna-sprzedaży dotyczącej gry komputerowej/konsolowej. Obie panie zdają sobie przy tym sprawę z tego, że wprowadzenie poprawek do dyrektywy może pociągnąć za sobą sporo naruszeń ze strony nabywców, którzy mogą wykorzystać to prawo na kilka różnych sposób. Jako przykład podana została sytuacja, w której nabywca cieszy się grą przez kilka tygodni, po czym przechodząc ją całą oddaje produkt pod pozorem jej nieprawidłowego funkcjonowania. Należy jednak zauważyć, że tego typu nadużyć w przypadku innych towarów jest bardzo niewiele, więc ciężko z góry zakładać, że gracze będą się w tym temacie wyróżniać.

Entuzjazmu pomysłodawczyń nie podzielają eksperci. Richard Wilson, prezes The Independent Games Developers Association, organizacji zrzeszającej europejskich producentów gier, stwierdził, że pomiędzy deweloperami a konsumentami należy utrzymać odpowiedni balans. Klienci powinni bowiem otrzymywać wysokiej jakości produkt, lecz gdy prawo regulujące takową kwestię jest zbyt restrykcyjne, to może doprowadzić do zwolnienia procesu dewelopingu gier. Dodatkowo implementowanie tego typu dyrektyw może stłumić wprowadzanie nowych idei, które rzeczywiście nie zawsze prezentują odpowiednio wysoki poziom realizacji, ale za to bardzo często wpływają na dynamiczny rozwój rynku elektronicznej rozrywki.

Także przedstawiciele grupy Business Software Alliance, reprezentującej wiele koncernów działających na polu elektronicznej rozrywki – w tym Microsoft i Apple – są zdania, że propozycje pań Reding i Kunevy nie zadziałają tak, jakby tego chciały ich pomysłodawczynie. Francisco Mingorance twierdzi, że „cyfrowa zawartość nie jest namacalnym dobrem konsumpcyjnym i nie powinna być przedmiotem tych samych praw i zobowiązań co np. tostery”. Dodaje również, że zawarcie umowy kupna-sprzedaży podlega prawu cywilnemu, które chroni konsumenta w przypadku zerwania jej. Z całej wypowiedzi Mingorance można wyciągnąć prosty wniosek – zawartości cyfrowej nie powinniśmy traktować jak towaru fizycznego. Stąd też wprowadzenie idei Reding i Kunevy wydaje się być mało realne, a przynajmniej problematyczne.

Źródło:
Piotr "Jiker" Doroń - Gry-OnLine


Klemens
2009-05-15 18:57:53